Na prowincji

Post numer 7 - Praca na wsi. 


Od kilku dni pracuję na wsi. Wiadomość  tym rozniosła się po całym biurze. Wszyscy są ciekawi kim jest nowa osoba. Czuję się jak eksponat muzealny. Nie wiem dlaczego moja osoba wywołała tam taką sensację? Przecież jestem tylko na stażu...Ogólnie to dziwnie czuję się w tym miejscu. Najczęściej się nudzę lub wykonuję rzeczy, o których nie mam pojęcia. Przecież jestem po kursie z zakresu XXX a nie YYY więc nie rozumiem, dlaczego robię inne zadania? Kiedy szedłem na rozmowę wszystko było fajnie. Obiecywali naprawdę fajny staż, a póki co mam ochotę z stamtąd uciec. 

Jedyny plus jest taki, że mam blisko do męża. Po pracy idę do niego i przy promieniach słońca zajadamy się pysznymi ciastkami. Uwielbiam wiejskie klimaty, dlatego z przyjemnością jadę za miasto. Rano jadąc busem na polach widzę traktory, sarny, bażanty, po podwórkach biegają kury. Krów jeszcze nie było. Obok miejsca gdzie pracuje pachnie gnojówką. Jest też kilka sieciowych sklepów. Jak na gminę, która ma 10 tysięcy ludzi to sporo ich jest. 

Pracownicy firmy dobrze się znają. Jakoś nie potrafię się przełamać i zacząć z nimi rozmawiać. Może dlatego, że siedzę sam w pokoju i nie chce im przeszkadzać. Wszyscy są rzekomo bardzo zajęci. Akurat w to nie wierzę, bo słyszę, że większość ich czasu pochłaniają plotki. Kiedy dzwonią im telefony słyszę disco polo. Tutaj to norma. No i podniecają się Mc Donaldem. Dawno tam nie jadłem bo przekonałem się jakie to świństwo jest. 

Jutro kolejny dzień pracy. Nie bardzo mam ochotę tam iść, ale przy życiu trzyma mnie wieść, że po pracy idę do Misia. Najgorsze jest wstawanie o 6 rano. Busa mam przed 7. Nawet czynność taką jak golenie przeniosłem na wieczór. Mam nadzieję, że nie dostanę tam depresji. Dobrze, że z neta mogę korzystać. 

W piątek gdy szedłem do męża jakiś młody facet, na oko 20 lat jadący na rowerze powiedział mi dzień dobry. Dziwne że ludzie, których nie znam mi się kłaniają. Ale to miłe - widać, że mnie kojarzą z moich częstych wizyt u męża. W końcu wspieram ich gospodarkę kupując produkty w lokalnych sklepach. Nie lubię tego jak idąc przez wieś ludzie się na mnie gapią. Najczęściej pijaczki lub stare dewotki. Aż taki egzotyczny jestem? Ahh ci wiejscy ludzie....

Post numer 6 - Święta Wielkanocne. 




Minęły te czasy, kiedy mieszkańcy małych miast z wielką pompą przygotowywali się do Świąt Wielkanocnych. W tym roku zauważyłem, że w sklepach jest praktycznie pusto. Ludzie nie kupują większej ilości jedzenia, zające z czekolady wypadają z pólek, nie ma zapotrzebowania na psikawki i koszyki wielkanocne. Czyżby nastała moda na spędzanie świąt poza domem z dala od rodziny? W sumie to nie widzę w tym nic złego, zwłaszcza, że można liczyć na ładną pogodę. Gdybym miał pieniądze, to sam pojechałbym w góry. Na pewno cieszy mnie fakt, że ludzie w mniejszych społecznościach przestali być już tak bardzo pobożni jak kiedyś. 

Jeszcze rok temu na moim stole było mnóstwo potraw wielkanocnych. Piekło się mięsa, dużo ciast, gotowało się flaki itd. W tym roku powiedzieliśmy sobie dość. I tak nie jemy tego wszystkiego, a po co ma się nam marnować? Lepiej po trochu, ale z apetytem. Jeśli pogoda będzie ładna, to nie będzie się siedziało w domu. W końcu to są tylko dwa dni. Damy radę. Zamiast siedzieć przy stole i sztucznie udawać, że dookoła ma się rodzinę, lepiej wyjść i iść przed siebie ciesząc się pięknem natury. 

Na pewno w sobotę mieszkańcy miast i wsi ruszą do kościoła poświecić koszyk z pokarmami. Prawda jest taka, że jesteśmy jedynym krajem katolickim, który robi takie rzeczy. Ja bym nie poszedł, ale w domu zapewne mnie wygonią. Niby dla tradycji, a dla mnie to po prostu sekciarski zabobon. W niedziele zapewne do kościołów pójdą tylko tercjanki i damy na pokaz. Niech idą i robią szpan. Ja tam wole pójść z mężem na spacer. 

Od kilku lat zanika też tradycja lania się wodą w poniedziałek. Kiedy byłem dzieckiem miałem pełno pistoletów na wodę, często wracałem przemoczony. Z koleżankami z podwórka już przez dwa tygodnie laliśmy się wodą. Dziś dzieciaki pewnie nie pamiętają, że jest taka tradycja. I to jest minus. Komputery na tyle wyżarły ludziom mózgi, że ci nie potrafią dziś realnie przebywać w towarzystwie innych ludzi. 

Wielkanoc na prowincji zaczyna mieć coraz mniejsze znaczenie. Dla mnie to tylko okazja do tego, by odpocząć i spotkać się z mężem. Oczywiście jedzonko - lubię jeść. Oczywiście z umiarem. 

Post numer 5 - Pierwsze oznaki wiosny. 




Mieszkańcy wielkich miast mogą mi pozazdrościć widoków budzącej się wiosny. Jadąc do męża lub od niego wracając na naszych pięknych polach, czy też obrzeżach lasów spotykam wiele pięknych zwierząt. Ostatnio sarna przeszła nam drogę nie przejmując się tym, że jedziemy. Z jednej strony piękny widok, z drugiej bardzo niebezpieczna sytuacja, gdyż potrącenie takiego zwierzęcia może doprowadzić do uszkodzeń samochodu. Zawsze gdy jedziemy spoglądam na to co dzieje się na wsi. Na podwórkach biegają kury, kaczki, trawa na polach się zieleni, listy biegają po łąkach w poszukiwaniu pokarmu. Co prawda bocianów jeszcze nie ma, ale te ptaki, które u nas zimują już rozpoczęły okres godowy. 

Kilka dni temu jechałem z mężem na zakupy do wiejskiego marketu. Gdy zaparkowaliśmy okazało się, że nie mogliśmy wyjść z auta, bo psy się bzykały. I to przy samym naszym samochodzie. Biedaczek był mniejszy od niej i z trudem sięgał jej pod ogon, ale spocony i silnie podniecony podołał zadaniu. Teraz czekać, aż sporej wielkości kundelek podobny do wilczura zostanie matką. Tutaj na wsi seks w wydaniu zwierząt jest czymś normalnym, ale wciąż interesuje ludzi, którzy gapią się tak, jakby to ludzie się bzykali (śmiech). 

Rośliny nie bardzo czują wiosnę. Jedynie wierzby płaczące zaczynają się zielenić. Pewnie za kilka dni pojawią się pierwsze kwiaty krzewów. Już nie mogę się doczekać. W tym roku obiecałem sobie, że w przydomowym ogródku posieje sobie kwiaty, słonecznika, sałatę i rzodkiewkę. Ciekawe czy podołam zadaniu i wyhoduję dorodne warzywa. Póki co muszę iść do sklepu po ziarna, bo wciąż nie mogę się zdecydować na to jakie kupić. Mąż się na mnie drze, że samemu przekope sobie ziemię. Teściowa obiecała pomoc. Myślę, że dam radę. 

Przyjście wiosny najlepiej obserwować na wsi lub w lesie. Tylko tutaj zobaczycie gody zwierząt, poczujecie zapach budzących się roślin, pierwsze wiosenne kwiaty i oczywiście sarny. Jeśli znajdziecie chwilę czasu to koniecznie zróbcie sobie wycieczkę na łono natury. 

Post numer 4 - Nocne życie małych miast. 



Kiedy zapada zmrok mieszkańcy wielkich miast ruszają w miasto. Dyskoteki jak i kluby pękają w szwach, barmani leją alkohol, ludzie uprawiają seks, biorą narkotyki. Jednym słowem standard. Jednak w moim małym świecie wszystko wygląda inaczej. Kiedy gasną światła miast ludzie grzecznie kładą się spać. Nocne życie praktycznie nie istnieje. Ogólnie jest przekonanie, że po nocach włóczą się dziwki i złodzieje. Knajpy w centrum miasta żyją tylko w weekendy i to do pewnej godziny. Klientela często nie ma ukończonych 30 lat. Ci ludzie nie mają rodzin na utrzymaniu, żyją na luzie, niczym się nie przejmują. Mody na nocne życie w moim mieście nie ma. Nawet gdy organizowana jest noc muzeów, to chętnych brak W ubiegłym roku podczas takiej akcji mogłem tańczyć i mieć kilku przewodników dla siebie. W Krakowie, czy w Warszawie nocą tworzą się ogromne kolejki do muzeów. Jest też druga strona medalu. Ludzi nie stać na dyskoteki.W małych miastach zarabia się zdecydowanie mniej, a koszty utrzymania są często większe niż w dużych miastach. Każdy woli trzymać na chleb, niż na drinka za kilkadziesiąt złotych. 

Na wsi noc wygląda inaczej. Tutaj nikt się nie bawi. Ludzie chodzą wcześnie spać i wstają gdy zapieje kogut. Raz na jakiś czas w remizach odbywa się impreza. Ludzie wspominają ją cały rok. Jednak jej przebieg wygląda inaczej. Ludzie piją alkohol i tańczą w rytmach disco polo. Seks? Tutaj każdy pilnuje swojego partnera. Na wsi nie ma mowy, by ktoś wybaczył zdradę. Można powiedzieć, że na prowincji ludzie gnuśnieją, bo nie mają dostępu do rozrywek. To nieprawda. Uwielbiam tą ciszę, ciemność i zapach kwitnących roślin. Niebo jest wtedy takie piękne. W mieście tylu gwiazd się nie zobaczy, gdyż jest łuna. Dla mnie piękno przyrody jest ważniejsze, niż chwila w dyskotece. Spokój sprawia, że człowiek staje się bardziej dojrzały. 

Kiedyś muzyka disco polo uznawana była za obciach. Słuchano ją na wsi, a miasta się śmiały. Dziś mieszczuchy puszczają te lekkie piosenki na całą parę, a w miastach powstają kluby z muzyką tego gatunku. Jeden działa u mnie i cieszy się ogromną popularnością. Inne lokale starają się zapraszać gwiazdy muzyki tanecznej. Prawda jest taka, że nam do szczęścia zbyt wiele nie trzeba. Jak gra muzyka, która sprawia, że nogi chcą się plątać, to wszyscy są zadowoleni. Gdy ktoś puści rap, czy hip-hop to inni tak krzywo patrzą, zatykając uszy. 

Prowincja nocą jest piękna. Trudno to wszystko opisać. Sami musicie to przeżyć. Po zmroku wszystko jest takie tajemnicze. Z lasów wychodzą zwierzęta, w oddali słychać szum jadącego pociągu, gdzieś ktoś od czasu do czasu krzyknie. Po prostu to jest życie. 

Post numer 3 - Prowincjonalna architektura. 


Fot: polskiemiasta.tv
Warszawa, Kraków, Poznań, czy Wrocław mogą pochwalić się nowoczesną architekturą budynków biurowych, mieszkalnych, czy galerii handlowych. Moje miasto (stolica regionu), już takie nie jest. U mnie buduje się proste budowle, które niczym nie wyróżniają się z tłumu. Inwestorzy nie są na tyle odważni, by stworzyć dzieło na miarę największych polskich miast. Szkoda, bo w ten sposób wypadamy z gry o dobrego klienta. Biurowce, które powstały w przeciągu kilku lat do dziś stoją puste. Nie ma chętnych, by wynająć powierzchnię. Tak naprawdę rynek mojego miasta jest na tyle nasycony, że każdy nowy inwestor, który chce coś stworzyć - rezygnuje. Dlaczego? Bo mieszkańców mojego miasta nie stać na drogie usługi. Sklepów jest na tyle, że każdy następny się nie przyjmuje i upada. 

Jeśli chodzi o architekturę, to zauważyłem, że miasta takie jak Radom, Kielce, Olsztyn, Częstochowa, czy Tarnów są spychane na margines. Inwestorzy nie chcą tutaj budować niczego efektownego. Czy według nich ludzie z prowincji są gorsi? Nasze miasta mogłoby iść do przodu, tylko nie ma chętnych do inwestowania w nich. Władze samorządowe rozkładają ręce, gdyż ze względu na słabą infrastrukturę potencjalni inwestorzy rezygnują z tańszej prowincji. W innych krajach miasta takie jak moje rozwijają się o 50 procent szybciej. U mnie nie jest tak źle. Na mieście stoi pełno żurawi budujących bloki, biura. Gorzej jest w Radomiu, czy Częstochowie. Przejeżdżając przez te miasta, praktycznie nie spotyka się wielkich dźwigów. Tutaj inwestycje zamarły. 

Nawet centra handlowe zbudowano u mnie w sposób prosty. Nie ma czegoś takiego jak fontanna, czy jakaś mała architektura. Przed galeriami nie ma miejsca, by posadzić kwiaty, czy zrobić ławeczki. W Warszawie ludzie wypoczywają obok galerii. U mnie zmuszeni są do siedzenia w środku. 

Różnica między moim miastem, a tymi największymi jest ogromna. Niskie budynki, proste, spokojne. Co drugi nowy stoi pusty lub w połowie jest nie sprzedany. Mimo wszystko wygląda to ładnie, bo komponują się z otoczeniem. Każdy kto przyjedzie do mojego miasta mówi wprost. Może nie macie super zabytków, ale macie coś w sobie takiego, że człowiek lubi tutaj być. Jest spokój, nie ma chaosu architektury, tego pośpiechu. Może więc warto zachować swoją prowincjonalną architekturę, by ludzie wielkich miast poczuli różnice między ich, a moim światem? Wydaje mi się, że odważniejszy styl budowania bloków, czy też biur, z pewnością by nie zaszkodził. 

Na prowincji piękne jest to, że wszystko do siebie pasuje. Nie ma połączenia piękna i nowoczesności z rozwalająca się brzydotą. Na pewno poczułbym większy prestiż swojego miasta, gdyby stały tutaj piękne i nowoczesne budynki. W końcu każde miasto sprzyja inwestycji. 

Post numer 2 - Nie ma psa. 




Dziś towarzyszyłem mężowi w ceremonii pochówku naszego ukochanego psa. Wczoraj potrącił go samochód. Przeżył dobę. Dziś po południu położył się na podwórku, a jego serce przestało bić. Było nam wszystkim bardzo smutno. Kochaliśmy go, traktowałem go jak swoje dziecko. Gdy przyjeżdżałem do męża, on na mnie czekał merdając ogonkiem. Gdy wychodziłem, szedł mnie pożegnać. Był bardzo radosnym zwierzęciem. Miał wszystko co mu było potrzebne do życia. Nie był uwiązany na smyczy. Biegał po podwórku, lubił chodzić na pobliskie pola. Niestety jego wadą była jego zbyt pewność siebie. Nie bał się samochodów. I to go właśnie zgubiło. Teściowa, mąż i ja płakaliśmy. Nasz drugi pies rozumie co się stało i jest mu przykro. Został sam i to po raz drugi. Poprzedni pies także wpadł pod koła samochodu. Tak to już na wsi jest, że zwierzęta biegają po okolicy, a kierowcy szpanując swoimi brykami, jeżdżą jak wariaci. 

Wieś to piękne miejsce, gdzie zwierzęta mają raj. Uwielbiam patrzeć na kury biegające po podwórkach, na krowy pasące się na łąkach. Takiego widoku wielkie miasto mi nie zaoferuje. Świeże jajko, czy mleko to dziś wiejski rarytas. W mieście takich specjałów raczej nie znajdziecie. Prawdziwe życie tak naprawdę jest na wsi, gdzie człowiek żyje zgodnie z naturą. Tutaj nikt się nigdzie nie spieszy, a ludzie mają czas, by zamienić ze sobą kilka zdań. To własnie na wsi możemy żyć blisko zwierząt. Człowiek, który kocha zwierzaki, kocha też ludzi. 

Niech nasza kochana psinka odpoczywa w spokoju. Na zawsze zostaniesz w naszej pamięci. Zapamiętam Ciebie merdającego ogonkiem, łaszącego się, bym Ciebie głaskał, jedzącego łakocie jakie ci dawałem. Dla jednych byłeś jednym z miliona psów na ziemi. Dla mnie prawdziwym przyjacielem. Teraz muszę zadbać o drugiego pieska, by tęsknota nie sprawiała mu takiego bólu, jak mnie. 

Post numer 1 - W ogrodzie u męża. 

Fot: Polskie Radio - Google. 
Jak doskonale wiecie nie mieszkamy w wielkim mieście, dlatego też chcielibyśmy pokazać wam normalne prowincjonale życie. Tutaj świat wygląda inaczej. Jest cisza, spokój, piękna przyroda, brak korporacji, a czas płynie jakby wolniej. Jeszcze kilka lat temu marzyłem o tym, by wyjechać do Warszawy. Chciałem poczuć smak wielkiego miasta, zgubić się w tłumie i być sobą. Po jakimś czasie zrozumiałem, że ten wielki świat nie jest dla mnie. Dziś nie wyobrażam sobie życia w betonowej dżungli. Moje miasto nie jest ani małe, ani duże. 20 km od centrum położona jest wioska, gdzie mieszka mój mąż. To właśnie tam odnalazłem swój upragniony raj.

Nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie wiosna. Jak tylko zrobi się ciepło usiądziemy w ogrodzie popijając zimne napoje, zajadając się łakociami. Towarzyszyć nam będą psy, które bardzo kocham. Traktuje je jak swoje dzieci, których nigdy nie będę miał. Zresztą zwierzaki również darzą mnie uczuciem. Oczywiście cudownie będzie słuchać ptasiego śpiewu, wąchać kwitnące kwiaty, czy patrzeć na rolników pracujących na polu. Wieś mojego Misia jest piękna i za to ją kocham. Okolica jest bardzo malownicza - są tutaj góry, jest zalew, zabytki. Lokalne sklepy serwują specjały mieszkańców gminy. Jednym, słowem żyć nie umierać.

Mając 18 lat zarzekałem się, że nigdy nie zamieszkam na wsi. Dziś to jest moje marzenie. Gdyby tak udało się zbudować dom pod Tatrami, czy w Beskidach to byłbym najszczęśliwszym gejem na ziemi. Namawiam męża do wzięcia udziału w Milionerach, ale ten nie chce wystąpić na wizji. W takim razie trzeba szukać innego sposobu na zarobienie pieniędzy. Lotto odpada, bo w zdrapkach jedynie wygrywam złotówkę, którą potem i tak tracę.

Tegoroczną wiosnę jak i lato zamierzam spędzić na łonie natury. Internet tylko rano i w nocy. Świat rzeczywisty jest piękniejszy od tego wirtualnego. Wolę oddychać świeżym powietrzem, niż wdychać kurz w swoim mieszkaniu. Wam też radzę odpocząć od sieci i poczuć powiew wiatru na własnej skórze.

Komentarze